" grudzień 1521r. Proces przeciwko Pierre'owi Bourgot i Michaelowi Verdung
Proces
wytoczony w Polignie, we Francji, przeciwko Pierre'owi Bourgotowi i
Michelowi Verdungowi jest jednym z najsłynniejszych likantropijnych
procesów. Przewodniczył mu brat dominikanin Joan Bodin. Johan Wier
(Weyer, Wierus; 1515-1588), obrońca czarowników, twierdził, że zeznania
te były wymuszone. Jednak oskarżeni zostali skazani na stos i spaleni
ku wielkiej uciesze Bodina.
Pierre zeznał, iż około dziewiętnastu lat wcześniej, w tym samym dniu, w
którym odbywał się w Poligny targ, nad miasteczko nadciągnęła tak
gwałtowna i szalejąca burza, że nie tylko sam targ został zniszczony,
lecz także trzody, których doglądał, rozproszyły się we wszystkich
kierunkach i zupełnie nie wiedział, gdzie mógłby je odnaleźć. Próbując
zatem wraz z pozostałymi mieszkańcami odszukać i zebrać zagubione stada,
zabłąkał się sam jeden w pewne miejsce. Tam spotkał na drodze trzech
czarnych jeźdźców ubranych w czarne szaty. Ostatni z nich spytał go:
"Przyjacielu, dokąd idziesz? Wydajesz się czymś mocno strapiony". "To
prawda" odrzekł Pierre "a powodem jest fakt, że podczas tej szalonej i
burzliwej nawałnicy owce rozpierzchły mi się to tu, to tam i zgubiły, a
ponieważ nie widzę żadnej nadziei na ich odzyskanie, upadłem zupełnie na
duchu". Ów jeździec zakazał mu się załamywać, obiecując, że jeśli tylko
zawierzy mu i zostanie jego sługą, już nigdy więcej jego stado nie
zostanie napadnięte przez wilki czy inne bestie, nie poniesie też żadnej
szkody i nie zdechnie ani jedna z jego owiec. Następnie dodał, aby
pozyskać jak największe zaufanie, iż znajdzie zagubione owce; poza tym
obiecał, że da mu trochę pieniędzy. Pierre przystał na te warunki,
przyrzekając, że powróci w to samo miejsce za cztery, pięć dni. Dlatego
też podjął na nowo poszukiwania w towarzystwie wieśniaków, odnalazł
stado, które tropił, i po czterech dniach powrócił w to samo miejsce,
gdzie spotkał jeźdźca. Ów zapytał Pierre'a, czy zdecydował się zostać
jego sługą, a kiedy ten ze swojej strony chciał wiedzieć, z kim ma do
czynienia, ów odpowiedział: "Jestem sługą wielkiego szatana z Piekieł,
lecz nie lękaj się tego". Tak więc Pierre ofiarował swoje usługi
demonowi pod warunkiem, że dochowa on obietnicy opieki nad jego stadami i
zapewni mu inne dobrodziejstwa. Jeździec zatem nakazał mu przestać
wierzyć w Boga, Dziewicę Marię i wszystkich świętych, którzy
zamieszkiwali raj, w chrzest i bierzmowanie. Uczyniwszy to, dał mu do
ucałowania lewą dłoń, która była czarna i zimna, jak gdyby należała do
umarłego. Pierre padł na kolana i odkrywszy głowę, oddał hołd Szatanowi,
nazywając go swym panem. Nie powstrzymał się nawet od odmówienia
wyznania wiary. W ten sposób na dwa lata oddał się w służbę diabłu i nie
przestępował progu kościoła inaczej niż pod koniec mszy lub
przynajmniej po błogosławieństwie wodą święconą, którą nie chciał być
pokropiony. Postępować w ten sposób nakazał mu jego nauczyciel, który,
pozostawiając do tej pory swe imię w ukryciu, zdradził mu je nareszcie, a
brzmiało ono Moyset. W tym czasie Pierre nie był informowany, w jaki
sposób mogła byc chroniona jego klacz, ale wydawało się, że diabeł
wywiązuje się jedynie z zadania obrony owiec: jeżeli kiedykolwiek
atakowały je wilki, to nie wyrządzały im one żadnej szkody. Z biegiem
czasu, prawdę mówiąc, uwolniwszy się od zajęcia pasania owiec, Pierre z
łatwością począł zaniedbywać diabelskie nakazy, uczęszczał do kościoła,
odmawiał wyznanie wiary. Tak postępował przez jakieś osiem czy dziewięć
lat, aż do czasu, gdy ponownie wezwany przez Michela Verdung w tym samym
miejscu do posłuszeństwa wobec swojego mistrza, zgodził się na to pod
jednym warunkiem: aby nauczyciel dał mu, tak jak obiecywał, pieniądze.
W tym celu spotkali się pewnego wieczora w jakimś lesie w okolicach
Chastercharlon, gdzie Pierre ujrzał innych nieznajomych prowadzących
tańce i włączających się w nie. Zobaczył także w czyichś rękach zieloną
świecę, z której promieniowało ciemnoniebieskie światło. Wśród wielu
różnych rzeczy, które przyrzekł mu Michel, znajdowała się również
obietnica, iż jeżeli tylko przyłączy się do jego wiary, będzie mógł za
każdym razem, kiedy tego zapragnie, biegać z niezwykłą lekkością. Pierre
przystał na to jedynie pod warunkiem, że obietnice te zostaną
dotrzymane i dostanie pieniądze. W przeciwnym razie, jak powiedział,
pomyśli, że wszystko to jest tylko oszustwem. Michel przyrzekł, iż
zatroszczy się o ogromną ilość pieniędzy dla niego. Później natarł
rozebranego ze swego ubrania i nagiego Pierre'a maścią, którą przyniósł
ze sobą. Wtedy Pierre stwierdził, że natychmiast przemienił się w wilka,
i grozą przejął go widok jego kończyn pokrytych sierścią i zamienionych
w wilcze łapy. Mimo strachu stwierdził, że biega szybciej od powiewu
wiatru, czego nie mógłby dokonać bez pomocy dzieła jego mistrza, które
pozwalało mu się unosić. Niedługo potem i jego mistrz poderwał się do
lotu, aby dokonywać napadów, chociaż Pierre nie widział go, dopóty nie
został mu przywrócony ludzki kształt. [...] Po upływie około dwóch
godzin od owej metamorfozy, natarci maścią na nowo przez Michela, w
mgnieniu oka powrócili do swojego dawnego kształtu. Maść otrzymali od
mistrzów, czyli od Michela Guilemin i od Moyseta, mistrza Pierre'a. Gdy
tylko zmęczony biegiem Pierre mógł, choć z trudem, utrzymać się na
nogach, udał się wprost do swego mistrza, aby ponarzekać. Ten
odpowiedział mu, iż nic się nie stało, i natychmiast zajął się jego
leczeniem.
Zdarzyło się, że pewnego razu Pierre, namaszczony z rozkazu Michela i
zamieniony w wilka, chwycił zębami sześcio- czy siedmioletniego chłopca,
aby go zagryźć na śmierć, lecz krzyki i hałasy zmusiły go do ucieczki;
wrócił do miejsca, gdzie pozostawił swój ubiór, i tam, według wskazówek
Michela, odzyskał ludzki wygląd, nacierając się ziołami. Zeznał, iż
razem z tymże samym Michelem nadal próbowali czynić podobne rzeczy oraz
że pewnego dnia, pod postacią wilków, zabili jakąś kobietę zbierającą
groch. W tymże czasie napotkawszy niespodziewanie pana de Chusnee i
chcąc zabić równiez i jego, napadali na niego bez skutku wiele razy.
Obydwaj zeznali, że będąc w stanie likantropii, zamordowali czteroletnią
dziewczynkę oraz że pożarli ją w całości, z wyjątkiem jednego ramienia;
zeznali też, iż podniebieniu Michela odpowiadało mięso, chociaż jadał
je w niewielkich ilościach oraz że nie wpływało ono źle na żołądek
Pierre'a, pomimo iż jadł je niemal bez przerwy. Przyznali się do
poderżnięcia gardła pewnej dziewczynie, wypicia jej krwi i przegryzienia
szyi; w ten sposób zamordowali swoją trzecią ofiarę, której wygłodniała
paszcza Pierre'a wygryzła dziurę w brzuchu. Innym razem opowiedział
Pierre o zabiciu ośmio- czy dziewięcioletniej dziewczynki w warzywniku,
której Pierre przegryzł szyję. [...] Zeznał on ponadto, że zarżnął kozę
na pobliskim polu należącym do Pierre'a Bongre, przegryzł jej gardło i
przeciął je nożem. Michel jako wilk bywał ubrany, Pierre natomiast nagi.
Do zeznania dodali również i to, że zdarzało im się również obcować z
wilczycami, z niemal tak wielką pożądliwością, jak gdyby obcowali z
własnymi żonami. Poza tym wyznali, że dano im proszek o kolorze popiołu,
który wtarty w lewe ramię i rękę pozwalał im zniknąć, gdyby napotkali
jakieś zwierzę.
I należy pamiętać, że częstokroć obaj przesłuchiwani na to samo pytanie odpowiadali w sposób pogmatwany i niezgodny ze sobą.
"
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz